熱血外傳:好酷啊!小林
Izasuze! Kobayashi-san
Stay Cool, Kobayashi-san!: A River City Ransom Story to pierwsza od dłuższego czasu próba wprowadzenia do serii nowej jakości, charakterystyczne dla niej sprity małych ludzików zastąpione zostały nowymi, większymi, bardziej szczegółowymi, choć wciąż utrzymujące pixelartowy styl modelami. Może na pierwszy rzut oka nie wyglądają imponująco i nie pomaga im w tym niewielka ilość narysowanych klatek animacji, to jednak z czasem zaczniemy się do nich na tyle przyzwyczajać, że zgodzimy się ze stwierdzeniem, są całkiem ładne i to zarówno naszych bohaterów, jak i przeciwników, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć.
Samej historii nie warto poświęcać za dużo czasu, w pierwszej fazie gry tworzymy postać, przypisując jej imię, wybierając płeć, ustalając stosunek przyjazny bądź miłosny do głównego bohatera, oraz 3 z 20 sentymentalnych dla Kobayashiego przedmiotów. Stworzona przez nas postać odgrywa kluczową rolę osoby pojmanej przez kosmitów, którzy to śmieli czelność zaatakować nasze Śródmieście, doprowadzając do zwiększonej aktywności jakiejś dziwnej energii. Z pomocą naszemu tytułowemu bohaterowi przybywa nie byle kto, bo posłaniec z przyszłości Mizoguchi obdarzony ponadnaturalnym zdolnościami. W całym obszarze gry poruszamy się wraz z towarzyszem sterowanym przez AI komputera bądź lokalnie drugiego gracza, ale to od nas zależy, kim będziemy chcieli w dalej chwili się poruszać, oprócz Kobayashiego, do dyspozycji mamy chętnego do pomocy obdarzonego dużą siłą Kunio, oraz wspomnianego wcześniej Mizoguchi. Jego ponadnaturalne moce w zależności od stopnia naładowania paska energii, pozwolą nam uzdrowić naszych bohaterów, przywołać znanych z serii smoczych bliźniaków Ryuichi i Ryuji, bądź czasowo zwiększyć siłę Kobayashiego. W późniejszym czasie umiejętności te możemy zastąpić innymi, jednak po 8 godzinach spędzonych w grze wciąż nie posiadam wiedzy jak tego dokonać, choć domyślam się, że zostaną one odblokowany, gdy zwiększymy poziom umiejętności naszego przybysza z przyszłości, co prowadzi do nieco absurdalnej sytuacja, która pojawiła się u w momencie, gdy w ogóle dowiedziałem się, że naszym postacią da się poprawiać statystyki.
Wyobraźcie sobie, że nasze postaci nie rozwijają się wraz z postępem w grze. Za każdy ukończony wątek fabularny, gra nas ocenia, jak sobie radziliśmy, ilu wrogów z zadań poboczny pokonaliśmy i jak szybko grę przeszliśmy, otrzymanie oceny wiąże się z przyznaniem gwiazdek i to właśnie one pozwalają nam na rozwój postaci niczym zakupy w sklepie. Żeby nie było za łatwo, odpowiedzialne za to miejsce znajdziemy w menu głównym gry pod przyciskiem „Options”, bardzo intuicyjne, prawda? Dzięki zabiegom ulepszającą nasze postacie gra się prościej, przyjemniej i szybciej. Pierwszą rundę zaliczyłem w ponad 2 godziny, drugą już w niecałą godzinę, za piątym razem zszedłem do 20 minut, otwierając pierwszą dziesiątkę najlepszych graczy na Switchu. Tak, gra ma wbudowany ranking, który podlicza najszybszych graczy z całego świata.
Swoją drogą, świat w grze wielkością nie poraża, naliczyłem raptem chyba 15 lokalizacji (to jest mniej niż DNM) w których całkowicie zrezygnowano ze sklepów, ich stylistyka mocna przypomina początek lat 90. 16bitowe grafiki na swój sposób próbują przedstawić tła realistycznie, są mocno inspirowane SNES’em, lecz nie tak kolorowe jak w Shin Nekketsu Tachi No Banaka, wręcz przeciwnie, są szare i... nijakie, mimo ich niewielkiej ilości nie raz zastanawiałem się, w której części mapy jestem. Co zasługuje na plus, to fakt, że uzupełniane są losowo. I tak oprócz NPC popychających fabułę, trafimy na postaci poboczne, wrogich, zatrutych ludzi, kotka umożliwiającego zapis stanu gry, dziwnego stwora uzupełniającego nam pasek speciali, roboty kosmiczne, bardzo ciekawy przerywnik w postaci walk w małych latających spodkach oraz 5 frakcji kosmitów różniących się od siebie kolorami, to właśnie oni stanowią trzon naszej rozgrywki. Celem jest pokonanie 30 jednostek reprezentujący jeden kolor, po czym pokonanie ich szefa, raz będzie to pojedynczy silny osobnik, innym razem duży mech, a w jednym przypadku, raid wielu zwykłych jednostek. Gdy już uporamy się z wszystkimi pięcioma bossami, czeka na nas walka z głównym antagonistą, muszę przyznać, że nim udało mi się go pokonać po raz pierwszy, kilka podejść musiałem wykonać, walka jest bardzo nie sprawiedliwa, nasze początkowe ciosy zadają marne obrażenia, a boss dysponuje pewnym tak specyficznym atakiem, że praktycznie nie sposób go ominąć, a ten odbiera nam połowę życia. Wprawdzie nasza postać oprócz standardowych ciosów ma jeszcze dodatkowe, mocniejsze, ale te są limitowane dodatkowym paskiem energii i wymagają nieco czasu – im dłużej przytrzymamy przycisk, tym oddamy mocniejszy ciosa, ale i utracimy więcej energii. Na taki obieg sprawy mamy jedną furtkę, naszego bohatera uznaje się za martwego, dopiero, gdy będzie leżał na ziemi, na szczęście w momencie odrzutu otrzymanego ciosu od przeciwnika mamy możliwość utrzymania się na nogach, dzięki czemu pozostajemy w grze nawet pomimo braku staminy. Jest jeszcze jednak kwestia, mimo możliwości sterowania jedną z trzech postaci (a nawet pięciu, bo przywołując do pomocy bliźniaków, możemy się wcielić w jednego z nich) gra kończy się wraz ze śmiercią Kobayashiego. Fabularnie gra kończy się wraz z pokonaniem ostatniego Bossa i krótkim dialogiem z ręcznie rysowanymi grafikami postaci, Kobayashiego, Mizoguchi i Kunio i właśnie w tym momencie recenzji zauważyłem, że te grafiki są tylko dla tych trzech postaci i pojawiają się tylko na początku i końcu gry, w pozostałych scenach dialogowych mamy tylko małe pixelowe portrety. Na wszystko to jednak można przymknąć oko (a najlepiej obydwa :P) patrząc na nazwiska w napisach końcowych, bowiem nad grą pracowała naprawdę garstka osób.
Wybaczcie to jakże płynne przejście do nowego tematu, ale w recenzji całkowicie pominąłem warstwę dźwiękową gry, a jest o czym pisać. Po tylu latach obcowania z serią chyba nikt nie spodziewał się, że podczas naszej przygody zabrzmią jakieś nowe, ambitne utwory. Oczywiście i tym razem nie będziemy zawiedzeni, każda kolejna lokacja odkryje przed nami nowe aranżacje znanych z Downtown Nekketsu Monogatari utworów, jednak nie o tym chciałem napisać. Jak się szybko przekonamy, do gry dodano prawdziwy voice-acting! Każda z postaci otrzymała głos, ten jednak niezależnie od ogrywanej przez nas wersji, wybrzmiewa w języku japońskim. Fajny dodatek, prawda? Ale jak przyjmiecie do wiadomości fakt, że Mizoguchi za każdym razem wymawia nazwę przycisku w menu głównym? Tak, za każdym razem w tle słyszymy „Option”, „Ranking” itp. ale spokojnie, dopiero się rozkręcam… podczas gry, w menu pauzy, Mizoguchi za każdym razem tłumaczy nam znaczenie wszystkich dostępnych opcji, TAK, ZA KAŻDYM RAZEM! Mało wam voice-actingu? No to dodajmy do tego okrzyki naszych bohaterów podczas walki, ale takie powtarzalne, za każdym razem gdy wykonujemy cios, albo jeszcze lepiej! Kosmici, z którymi przyjdzie nam walczyć, po 6 osobników na plansze, wydające jeden dźwięk, powiedzmy w stylu Pokemonowego „Pigeotto!”, nieprzerwanie co 1 sekundę! Normalnie szlag mnie trafiał! Całe szczęście w opcjach kontroli dźwięku mamy możliwość wyciszenia ścieżek dialogowych, co polecam wszystkim, bez wyjątku, no, może dopiero podczas drugiego podejścia do gry.
Stay Cool, Kobayashi-san!: A River City Ransom Story jest idealnym przykładem kondycji serii Kunio-kun w rękach Arc System Works., znane nazwiska w postaci Yoshihisa Kishimoto odpowiedzialnego za pierwszego Nekketsu Kouhaa Kunio-kun i Mokeke Sekimoto „ojca” Downtown Nekketsu Monogatari nie zagwarantowały jakości gry na najwyższym poziomie. Choć gra kusi ceną i jest gratką dla fanów starszych, pixelartowych dzieł mniejszych studiów to z ciężkim sercem byłby mi ją komuś polecić, nawet za te skromne 50zł. Myślę jednak, że znalazłaby się grupa odbiorów, którym tytuł by się podobał, niech nawet rekomendacją będzie fakt, że grę kupiłem na premierę, spędziłem przy niej 8 godzin, nie męcząc się zbytnio, bo frajda z samego bicia jest całkiem niezła, a i bossowie wymagający, to jednak mechanika i pomysł na grę psują całokształt.
Samej historii nie warto poświęcać za dużo czasu, w pierwszej fazie gry tworzymy postać, przypisując jej imię, wybierając płeć, ustalając stosunek przyjazny bądź miłosny do głównego bohatera, oraz 3 z 20 sentymentalnych dla Kobayashiego przedmiotów. Stworzona przez nas postać odgrywa kluczową rolę osoby pojmanej przez kosmitów, którzy to śmieli czelność zaatakować nasze Śródmieście, doprowadzając do zwiększonej aktywności jakiejś dziwnej energii. Z pomocą naszemu tytułowemu bohaterowi przybywa nie byle kto, bo posłaniec z przyszłości Mizoguchi obdarzony ponadnaturalnym zdolnościami. W całym obszarze gry poruszamy się wraz z towarzyszem sterowanym przez AI komputera bądź lokalnie drugiego gracza, ale to od nas zależy, kim będziemy chcieli w dalej chwili się poruszać, oprócz Kobayashiego, do dyspozycji mamy chętnego do pomocy obdarzonego dużą siłą Kunio, oraz wspomnianego wcześniej Mizoguchi. Jego ponadnaturalne moce w zależności od stopnia naładowania paska energii, pozwolą nam uzdrowić naszych bohaterów, przywołać znanych z serii smoczych bliźniaków Ryuichi i Ryuji, bądź czasowo zwiększyć siłę Kobayashiego. W późniejszym czasie umiejętności te możemy zastąpić innymi, jednak po 8 godzinach spędzonych w grze wciąż nie posiadam wiedzy jak tego dokonać, choć domyślam się, że zostaną one odblokowany, gdy zwiększymy poziom umiejętności naszego przybysza z przyszłości, co prowadzi do nieco absurdalnej sytuacja, która pojawiła się u w momencie, gdy w ogóle dowiedziałem się, że naszym postacią da się poprawiać statystyki.
Wyobraźcie sobie, że nasze postaci nie rozwijają się wraz z postępem w grze. Za każdy ukończony wątek fabularny, gra nas ocenia, jak sobie radziliśmy, ilu wrogów z zadań poboczny pokonaliśmy i jak szybko grę przeszliśmy, otrzymanie oceny wiąże się z przyznaniem gwiazdek i to właśnie one pozwalają nam na rozwój postaci niczym zakupy w sklepie. Żeby nie było za łatwo, odpowiedzialne za to miejsce znajdziemy w menu głównym gry pod przyciskiem „Options”, bardzo intuicyjne, prawda? Dzięki zabiegom ulepszającą nasze postacie gra się prościej, przyjemniej i szybciej. Pierwszą rundę zaliczyłem w ponad 2 godziny, drugą już w niecałą godzinę, za piątym razem zszedłem do 20 minut, otwierając pierwszą dziesiątkę najlepszych graczy na Switchu. Tak, gra ma wbudowany ranking, który podlicza najszybszych graczy z całego świata.
Swoją drogą, świat w grze wielkością nie poraża, naliczyłem raptem chyba 15 lokalizacji (to jest mniej niż DNM) w których całkowicie zrezygnowano ze sklepów, ich stylistyka mocna przypomina początek lat 90. 16bitowe grafiki na swój sposób próbują przedstawić tła realistycznie, są mocno inspirowane SNES’em, lecz nie tak kolorowe jak w Shin Nekketsu Tachi No Banaka, wręcz przeciwnie, są szare i... nijakie, mimo ich niewielkiej ilości nie raz zastanawiałem się, w której części mapy jestem. Co zasługuje na plus, to fakt, że uzupełniane są losowo. I tak oprócz NPC popychających fabułę, trafimy na postaci poboczne, wrogich, zatrutych ludzi, kotka umożliwiającego zapis stanu gry, dziwnego stwora uzupełniającego nam pasek speciali, roboty kosmiczne, bardzo ciekawy przerywnik w postaci walk w małych latających spodkach oraz 5 frakcji kosmitów różniących się od siebie kolorami, to właśnie oni stanowią trzon naszej rozgrywki. Celem jest pokonanie 30 jednostek reprezentujący jeden kolor, po czym pokonanie ich szefa, raz będzie to pojedynczy silny osobnik, innym razem duży mech, a w jednym przypadku, raid wielu zwykłych jednostek. Gdy już uporamy się z wszystkimi pięcioma bossami, czeka na nas walka z głównym antagonistą, muszę przyznać, że nim udało mi się go pokonać po raz pierwszy, kilka podejść musiałem wykonać, walka jest bardzo nie sprawiedliwa, nasze początkowe ciosy zadają marne obrażenia, a boss dysponuje pewnym tak specyficznym atakiem, że praktycznie nie sposób go ominąć, a ten odbiera nam połowę życia. Wprawdzie nasza postać oprócz standardowych ciosów ma jeszcze dodatkowe, mocniejsze, ale te są limitowane dodatkowym paskiem energii i wymagają nieco czasu – im dłużej przytrzymamy przycisk, tym oddamy mocniejszy ciosa, ale i utracimy więcej energii. Na taki obieg sprawy mamy jedną furtkę, naszego bohatera uznaje się za martwego, dopiero, gdy będzie leżał na ziemi, na szczęście w momencie odrzutu otrzymanego ciosu od przeciwnika mamy możliwość utrzymania się na nogach, dzięki czemu pozostajemy w grze nawet pomimo braku staminy. Jest jeszcze jednak kwestia, mimo możliwości sterowania jedną z trzech postaci (a nawet pięciu, bo przywołując do pomocy bliźniaków, możemy się wcielić w jednego z nich) gra kończy się wraz ze śmiercią Kobayashiego. Fabularnie gra kończy się wraz z pokonaniem ostatniego Bossa i krótkim dialogiem z ręcznie rysowanymi grafikami postaci, Kobayashiego, Mizoguchi i Kunio i właśnie w tym momencie recenzji zauważyłem, że te grafiki są tylko dla tych trzech postaci i pojawiają się tylko na początku i końcu gry, w pozostałych scenach dialogowych mamy tylko małe pixelowe portrety. Na wszystko to jednak można przymknąć oko (a najlepiej obydwa :P) patrząc na nazwiska w napisach końcowych, bowiem nad grą pracowała naprawdę garstka osób.
Wybaczcie to jakże płynne przejście do nowego tematu, ale w recenzji całkowicie pominąłem warstwę dźwiękową gry, a jest o czym pisać. Po tylu latach obcowania z serią chyba nikt nie spodziewał się, że podczas naszej przygody zabrzmią jakieś nowe, ambitne utwory. Oczywiście i tym razem nie będziemy zawiedzeni, każda kolejna lokacja odkryje przed nami nowe aranżacje znanych z Downtown Nekketsu Monogatari utworów, jednak nie o tym chciałem napisać. Jak się szybko przekonamy, do gry dodano prawdziwy voice-acting! Każda z postaci otrzymała głos, ten jednak niezależnie od ogrywanej przez nas wersji, wybrzmiewa w języku japońskim. Fajny dodatek, prawda? Ale jak przyjmiecie do wiadomości fakt, że Mizoguchi za każdym razem wymawia nazwę przycisku w menu głównym? Tak, za każdym razem w tle słyszymy „Option”, „Ranking” itp. ale spokojnie, dopiero się rozkręcam… podczas gry, w menu pauzy, Mizoguchi za każdym razem tłumaczy nam znaczenie wszystkich dostępnych opcji, TAK, ZA KAŻDYM RAZEM! Mało wam voice-actingu? No to dodajmy do tego okrzyki naszych bohaterów podczas walki, ale takie powtarzalne, za każdym razem gdy wykonujemy cios, albo jeszcze lepiej! Kosmici, z którymi przyjdzie nam walczyć, po 6 osobników na plansze, wydające jeden dźwięk, powiedzmy w stylu Pokemonowego „Pigeotto!”, nieprzerwanie co 1 sekundę! Normalnie szlag mnie trafiał! Całe szczęście w opcjach kontroli dźwięku mamy możliwość wyciszenia ścieżek dialogowych, co polecam wszystkim, bez wyjątku, no, może dopiero podczas drugiego podejścia do gry.
Stay Cool, Kobayashi-san!: A River City Ransom Story jest idealnym przykładem kondycji serii Kunio-kun w rękach Arc System Works., znane nazwiska w postaci Yoshihisa Kishimoto odpowiedzialnego za pierwszego Nekketsu Kouhaa Kunio-kun i Mokeke Sekimoto „ojca” Downtown Nekketsu Monogatari nie zagwarantowały jakości gry na najwyższym poziomie. Choć gra kusi ceną i jest gratką dla fanów starszych, pixelartowych dzieł mniejszych studiów to z ciężkim sercem byłby mi ją komuś polecić, nawet za te skromne 50zł. Myślę jednak, że znalazłaby się grupa odbiorów, którym tytuł by się podobał, niech nawet rekomendacją będzie fakt, że grę kupiłem na premierę, spędziłem przy niej 8 godzin, nie męcząc się zbytnio, bo frajda z samego bicia jest całkiem niezła, a i bossowie wymagający, to jednak mechanika i pomysł na grę psują całokształt.