ダウンタウン熱血物語 UNDERGROUND
River City Ransom: Underground
Gdy w 2013 roku kilku amerykańskich zapaleńców przedstawiło swój pomysł na duchowego spadkobiercę legendarnego River City Ransom, patrząc na przykładowe koncepty, byłem nastawiony raczej… sceptycznie. Zaprezentowany pixel-art Alexa (w oryginale Kunio) prezentował się bezdusznie, a przykładowe screeny nie oddawały magii oryginalnej serii, kolory były w dziwnie dobranych odcieniach, a modele i tekstury obiektów przypominały mi raczej DOSowe gry lat 90. Minęły 3 lata, Conatus Creative (czyli w.w. grupka programistów tworzących River City Ransom: Underground) zaliczyło kilka obsuwek, a gra (całe szczęście) nie do końca przypomina to, co twórcy zaprezentowali na KickStarterowej akcji.
Pech chciał, że gdzieś na półmetku produkcji, japońskie studio Arc System Works wykupiło prawa do serii gier nieistniejące już Technos Japan Coporation odpowiedzialnego Downtown Nekketsu Monogatari (bo tak nazywa się oryginalna gra, zanim importowano ją do Stanów Zjednoczonych i przystosowano do tamtejszej kultury), pojawił się problem z licencją. Całe szczęście Conatus Creative dostało od nich błogosławieństwo, ale tylko dlatego, że tworzą (niebezpośredni) sequel Amerykańskiej wersji ich gry, która pod kilkoma względami, głównie kulturowymi i graficznymi, różniła się od oryginału.
RCR: Underground zaczyna się od sprytnie wykonanego samouczka, który jest zgrabnie przeniesioną końcówką etapów oryginału z 1989 roku. Po dość szybkim wprowadzeniu nas do gry, płynnie przechodzimy do czasów współczesnych oznaczonych w grze jako rok 19XX i po wyborze jednej z początkowo czterech dostępnych postaci lądujemy w szkolnym korytarzu z informacją o naszym spóźnieniu na zajęcia. Szybko zdradzany jest nam wątek fabularny, w którym ponownie mamy do czynienia z falą porwań. Motyw może mało wyszukany, ale w zupełności wystarcza jako pretekst do pokonywania kolejnych lokacji, których w grze nie brakuje! Oczywistym faktem, podobnie jak w oryginale, jest otwarty świat, tym razem dużo większy, bowiem w sequelu patrząc na ruiny szkoły znanej z „jedynki” mamy do czynienia ze wschodnią częścią miasta. Nowych lokalizacji jest jakieś 5 razy więcej niż w oryginale, są dużo bardziej różnorodne i rozbudowane do tego stopnia, że Arc System Works zdecydował się dodać symboliczną mapę miasta. Tak, tego grze nie można zarzucić. Lokacje są naprawdę ciekawe i całkiem fajnie zbudowane. Już na początku uciekając z nowo postawionego budynku szkoły River City, trafiamy do ścieków, by gdzieś w międzyczasie trafić na boiska do zbijaka (gdzie grając w kilka osób, można sobie urządzić partyjkę Dodgeballa!) czy stadion do futbolu amerykańskiego (założę się, że gdy zapoznacie się z grabiami do liści, uśmiech nie prędko zejdzie Wam z twarzy :D ) przemieszczając się między odległymi lokacjami metrem, a nawet w pewnym momencie zdobyć szczyt korporacyjnego wieżowca jadąc rusztowaniem wykorzystywanym do mycia okien na zewnątrz budynków. Wszystko to oprawione jest nieco naciąganym cyklem dobowym (w którym zmienia się tylko kolor tła w dali) i zmiennymi warunkami pogodowymi, gdzie przyjdzie nam walczyć z przeciwnikami np. w trakcie intensywnego deszczu.
Obijanie mord przeciwnikom to jeden z lepszych aspektów tej gry. Wyposażeni w pięść, kopnięcie, chwytanie, uderzenie specjalne i blok przyjdzie nam zmierzyć się z masą Niziołków i niejednym „potężnym” bossem, którym tym razem nie brakuje finezji. Zdradzę Wam, że pierwszym z nich jest geek zasiadający za sterami swojego Mecha, naszym zadaniem jest zwalenie go z robota i dobicie, zanim zdąży do niego ponownie wskoczyć. Nowy River City Ransom nie byłby prawdziwym duchowym następcą, gdyby nie dał nam możliwości rozbudowy naszej palety ciosów. Tym razem, zamiast przesiadywać przed książkami, skorzystamy z pomocy trenerów walk, którzy za nie małe pieniądze nauczą nas nowych akrobacji, żeby było ciekawiej, indywidualnych dla każdej postaci, które mają przypisany swój własny styl, tak więc Paul okładał będzie wszystkich z uporem Rockiego Balboa, Provie zrobi to z w rytm muzyki niczym kolejna walka w Step Up, a Bruno położy przeciwników na łopatki w stylu werstlingowego showmana. Wszystko to oprawione jest w przepiękne, ręcznie rysowane animacje, które w połączeniu z naszymi idealnymi combosami wprost zachwycają! Nie wszystko jednak w tym aspekcie udało się dobrze zaplanować. Wprawdzie podczas rozgrywki mamy możliwość zmiany postaci w punktach oznaczonych jako „dom”, ale ich rozwój, ekwipunek i stan portfela jest przypisany tylko do tej, którą aktualnie gramy, przez co jesteśmy skazani na przechodzenie gry jedną postacią, co jest trochę krzywdzące, biorąc pod uwagę fakt, że od początku mamy do wyboru zaledwie cztery osobowości, a resztę pozyskujemy wraz z postępem w grze. Osobiście nie wyobrażam sobie, by w połowie rozgrywki zaczynać jakąś postacią od nowa, tym bardziej że ich rozwój jest długi, mozolny i nie tak prosty, jak w pierwszej części. System rozwoju postaci zależny jest teraz od uzyskanego poziomu doświadczenia, który zdobywamy za kolejne pobicia. Nie możemy już pójść do pierwszego lepszego sklepu i wyciągając bilon wymaxować sobie statystyki, owszem, sklepy pozwalają je podbijać, ale tym razem każda z naszych umiejętności ma wartość maksymalną odpowiednią dla naszego poziomu doświadczenia, wyjątkiem jest Stamina, Energia i Special, których najwyższą wartość możemy osiągnąć, spożywając odpowiednie produkty. Jako że wszystkich sklepów w grze zdaje się, jest aż 22, niezdrowym pomysłem byłoby wyposażenie ich tylko artykuły spożywcze, tak więc u „Królowej kotów” możemy sobie kupić pupilka, który zamieszka w jednej z naszych siedzib, na polu golfowym w specjalnym okienku kij do gry, czy w okolicznym kiosku kupony lotto z nadzieją, że szczęśliwy los zasili nasz portfel ekstra gotówką. Sposobów na zebranie pieniędzy jest kilka, pomijając ograbianie naszych przeciwników, możemy wyłudzić parę dolarów od przypadkowego przechodnia, czy też wybić kilka monet z parkometrów, jednak w tych przypadkach trzeba zachować nieco ostrożności, bycie wandalem grozi nam zwrócenie na siebie uwagi tutejszej Policji, która z twarzą zasłoniętą pod szybką kasku będzie nas radośnie pałować. W niektórych przypadkach możemy być niefortunnie rozjechani przez nadjeżdżający radiowóz. Wzorem popularnej serii gier o byciu gangsterem, by się pozbyć ogona, należy schować się do kryjówki, które pełnią też rolę miejsca, w którym możemy dokonać zapisu stanu gry, a trzeba to robić, gdyż cała gra za pierwszym razem może nam wyjąć z życia nawet ponad 20 godzin!
Przez całą rozgrywkę do ucha przygrywać będzie nam całkiem przyjemna muzyka. Choć licencja od Arc System Works nie obejmowała możliwości umieszczenia charakterystycznych utworów z oryginału, to studio stanęło na wysokości zadania, serwując nam idealny podkład rodem z gier 8 i 16-bitowych. Tytułowy utwór już po kilku uruchomieniach zapadł mi w pamięci i czasami potrafię sobie go zanucić. Na plus zaliczyć należy dynamiczne zmiany utworów, np. gdy w lokacji, której się znajdujemy mamy spodziewać się nadejścia Bossa.
Jak na arkadową grę przystało, zaopatrzono grę w multiplayer z prawdziwego zdarzenia do czterech osób zarówno w trybie lokalnym, jak i online. A przecież nie ma nic lepszego, niż wspólne okładanie przeciwników z kumplami siedząc na jednej kanapie (pozdrawiam Jedaha i Km93 ;) ). Tryb ten wymaga od gry jeszcze kilku patchy, które zbalansują grę. W tej chwili różnice w rozgrywce z większą ilością graczy opierają się na zwiększeniu ilości przeciwników, przez co na ekranie naszych monitorów robi się tłoczno, ale jak wspomniałem wcześniej, możemy przymknąć na to oko, podziwiając wykonywane przez nas kolejne spektakularne combosy, a gdy już rozprawimy się z przeciwnikami.
Zdaję sobie sprawę, że mój tekst zawiera w głównej mierze informacje o rozgrywce, pomijając liczne niedopatrzenia jak choćby uderzanie o koniec ekranu, zamiast przemieszcza się do kolejnego etapu, brak pojawiających się przeciwników, bo akurat w grze coś nie załapie, ale błędy te są naprawiane na bierząco, łatki otrzymujemy niemal co tydzień i nie przyćmiewają one całej magii, jaka płynie w tym ogromny świecie, tych smaczków zapożyczonych z innych gier z serii, jak choćby wspinanie po siatce, czy granie w zbijaka, klasyczny, arkadowy przebieg walk, rozwijanie postaci przy pomocy zakupów, etapy z bossami, wydawanie kasy na pierdoły, zabawne dialogi, czy efektownie zbudowane lokacje, gdy dotrzecie do wieżowca Merv, poczujecie się jak w dobrym, amerykańskim filmie akcji! Ambicje twórców sięgnęły szczytu w tego typu grze, choć interakcja z otoczeniem jest symboliczna, to nie daje się tego po sobie poznać. Początkowo nie mogłem się w grze odnaleźć, ale z czasem sprawiała mi coraz więcej frajdy. Pomimo tego, że RCR:U jest produkcją z niszowego gatunku (w końcu to indyk) i nie wystrzegł się błędów, to śmiem nieskromnie stwierdzić, że to jedna z najlepszych gier tego typu, która może nie bije na głowę swój pierwowzór, ale w każdym aspekcie jest od oryginału lepszy i bardziej rozbudowany. Swojego czasu twierdziłem, że taka gra jak Scott Pilgrim vs. the World: The Game byłaby idealnym sequelem dla RCR, dziś jednak twierdzę, że popełniłem ogromny błąd. River City Ransom: Underground to idealny duchowy spadkobierca River City Ransom!
Pech chciał, że gdzieś na półmetku produkcji, japońskie studio Arc System Works wykupiło prawa do serii gier nieistniejące już Technos Japan Coporation odpowiedzialnego Downtown Nekketsu Monogatari (bo tak nazywa się oryginalna gra, zanim importowano ją do Stanów Zjednoczonych i przystosowano do tamtejszej kultury), pojawił się problem z licencją. Całe szczęście Conatus Creative dostało od nich błogosławieństwo, ale tylko dlatego, że tworzą (niebezpośredni) sequel Amerykańskiej wersji ich gry, która pod kilkoma względami, głównie kulturowymi i graficznymi, różniła się od oryginału.
RCR: Underground zaczyna się od sprytnie wykonanego samouczka, który jest zgrabnie przeniesioną końcówką etapów oryginału z 1989 roku. Po dość szybkim wprowadzeniu nas do gry, płynnie przechodzimy do czasów współczesnych oznaczonych w grze jako rok 19XX i po wyborze jednej z początkowo czterech dostępnych postaci lądujemy w szkolnym korytarzu z informacją o naszym spóźnieniu na zajęcia. Szybko zdradzany jest nam wątek fabularny, w którym ponownie mamy do czynienia z falą porwań. Motyw może mało wyszukany, ale w zupełności wystarcza jako pretekst do pokonywania kolejnych lokacji, których w grze nie brakuje! Oczywistym faktem, podobnie jak w oryginale, jest otwarty świat, tym razem dużo większy, bowiem w sequelu patrząc na ruiny szkoły znanej z „jedynki” mamy do czynienia ze wschodnią częścią miasta. Nowych lokalizacji jest jakieś 5 razy więcej niż w oryginale, są dużo bardziej różnorodne i rozbudowane do tego stopnia, że Arc System Works zdecydował się dodać symboliczną mapę miasta. Tak, tego grze nie można zarzucić. Lokacje są naprawdę ciekawe i całkiem fajnie zbudowane. Już na początku uciekając z nowo postawionego budynku szkoły River City, trafiamy do ścieków, by gdzieś w międzyczasie trafić na boiska do zbijaka (gdzie grając w kilka osób, można sobie urządzić partyjkę Dodgeballa!) czy stadion do futbolu amerykańskiego (założę się, że gdy zapoznacie się z grabiami do liści, uśmiech nie prędko zejdzie Wam z twarzy :D ) przemieszczając się między odległymi lokacjami metrem, a nawet w pewnym momencie zdobyć szczyt korporacyjnego wieżowca jadąc rusztowaniem wykorzystywanym do mycia okien na zewnątrz budynków. Wszystko to oprawione jest nieco naciąganym cyklem dobowym (w którym zmienia się tylko kolor tła w dali) i zmiennymi warunkami pogodowymi, gdzie przyjdzie nam walczyć z przeciwnikami np. w trakcie intensywnego deszczu.
Obijanie mord przeciwnikom to jeden z lepszych aspektów tej gry. Wyposażeni w pięść, kopnięcie, chwytanie, uderzenie specjalne i blok przyjdzie nam zmierzyć się z masą Niziołków i niejednym „potężnym” bossem, którym tym razem nie brakuje finezji. Zdradzę Wam, że pierwszym z nich jest geek zasiadający za sterami swojego Mecha, naszym zadaniem jest zwalenie go z robota i dobicie, zanim zdąży do niego ponownie wskoczyć. Nowy River City Ransom nie byłby prawdziwym duchowym następcą, gdyby nie dał nam możliwości rozbudowy naszej palety ciosów. Tym razem, zamiast przesiadywać przed książkami, skorzystamy z pomocy trenerów walk, którzy za nie małe pieniądze nauczą nas nowych akrobacji, żeby było ciekawiej, indywidualnych dla każdej postaci, które mają przypisany swój własny styl, tak więc Paul okładał będzie wszystkich z uporem Rockiego Balboa, Provie zrobi to z w rytm muzyki niczym kolejna walka w Step Up, a Bruno położy przeciwników na łopatki w stylu werstlingowego showmana. Wszystko to oprawione jest w przepiękne, ręcznie rysowane animacje, które w połączeniu z naszymi idealnymi combosami wprost zachwycają! Nie wszystko jednak w tym aspekcie udało się dobrze zaplanować. Wprawdzie podczas rozgrywki mamy możliwość zmiany postaci w punktach oznaczonych jako „dom”, ale ich rozwój, ekwipunek i stan portfela jest przypisany tylko do tej, którą aktualnie gramy, przez co jesteśmy skazani na przechodzenie gry jedną postacią, co jest trochę krzywdzące, biorąc pod uwagę fakt, że od początku mamy do wyboru zaledwie cztery osobowości, a resztę pozyskujemy wraz z postępem w grze. Osobiście nie wyobrażam sobie, by w połowie rozgrywki zaczynać jakąś postacią od nowa, tym bardziej że ich rozwój jest długi, mozolny i nie tak prosty, jak w pierwszej części. System rozwoju postaci zależny jest teraz od uzyskanego poziomu doświadczenia, który zdobywamy za kolejne pobicia. Nie możemy już pójść do pierwszego lepszego sklepu i wyciągając bilon wymaxować sobie statystyki, owszem, sklepy pozwalają je podbijać, ale tym razem każda z naszych umiejętności ma wartość maksymalną odpowiednią dla naszego poziomu doświadczenia, wyjątkiem jest Stamina, Energia i Special, których najwyższą wartość możemy osiągnąć, spożywając odpowiednie produkty. Jako że wszystkich sklepów w grze zdaje się, jest aż 22, niezdrowym pomysłem byłoby wyposażenie ich tylko artykuły spożywcze, tak więc u „Królowej kotów” możemy sobie kupić pupilka, który zamieszka w jednej z naszych siedzib, na polu golfowym w specjalnym okienku kij do gry, czy w okolicznym kiosku kupony lotto z nadzieją, że szczęśliwy los zasili nasz portfel ekstra gotówką. Sposobów na zebranie pieniędzy jest kilka, pomijając ograbianie naszych przeciwników, możemy wyłudzić parę dolarów od przypadkowego przechodnia, czy też wybić kilka monet z parkometrów, jednak w tych przypadkach trzeba zachować nieco ostrożności, bycie wandalem grozi nam zwrócenie na siebie uwagi tutejszej Policji, która z twarzą zasłoniętą pod szybką kasku będzie nas radośnie pałować. W niektórych przypadkach możemy być niefortunnie rozjechani przez nadjeżdżający radiowóz. Wzorem popularnej serii gier o byciu gangsterem, by się pozbyć ogona, należy schować się do kryjówki, które pełnią też rolę miejsca, w którym możemy dokonać zapisu stanu gry, a trzeba to robić, gdyż cała gra za pierwszym razem może nam wyjąć z życia nawet ponad 20 godzin!
Przez całą rozgrywkę do ucha przygrywać będzie nam całkiem przyjemna muzyka. Choć licencja od Arc System Works nie obejmowała możliwości umieszczenia charakterystycznych utworów z oryginału, to studio stanęło na wysokości zadania, serwując nam idealny podkład rodem z gier 8 i 16-bitowych. Tytułowy utwór już po kilku uruchomieniach zapadł mi w pamięci i czasami potrafię sobie go zanucić. Na plus zaliczyć należy dynamiczne zmiany utworów, np. gdy w lokacji, której się znajdujemy mamy spodziewać się nadejścia Bossa.
Jak na arkadową grę przystało, zaopatrzono grę w multiplayer z prawdziwego zdarzenia do czterech osób zarówno w trybie lokalnym, jak i online. A przecież nie ma nic lepszego, niż wspólne okładanie przeciwników z kumplami siedząc na jednej kanapie (pozdrawiam Jedaha i Km93 ;) ). Tryb ten wymaga od gry jeszcze kilku patchy, które zbalansują grę. W tej chwili różnice w rozgrywce z większą ilością graczy opierają się na zwiększeniu ilości przeciwników, przez co na ekranie naszych monitorów robi się tłoczno, ale jak wspomniałem wcześniej, możemy przymknąć na to oko, podziwiając wykonywane przez nas kolejne spektakularne combosy, a gdy już rozprawimy się z przeciwnikami.
Zdaję sobie sprawę, że mój tekst zawiera w głównej mierze informacje o rozgrywce, pomijając liczne niedopatrzenia jak choćby uderzanie o koniec ekranu, zamiast przemieszcza się do kolejnego etapu, brak pojawiających się przeciwników, bo akurat w grze coś nie załapie, ale błędy te są naprawiane na bierząco, łatki otrzymujemy niemal co tydzień i nie przyćmiewają one całej magii, jaka płynie w tym ogromny świecie, tych smaczków zapożyczonych z innych gier z serii, jak choćby wspinanie po siatce, czy granie w zbijaka, klasyczny, arkadowy przebieg walk, rozwijanie postaci przy pomocy zakupów, etapy z bossami, wydawanie kasy na pierdoły, zabawne dialogi, czy efektownie zbudowane lokacje, gdy dotrzecie do wieżowca Merv, poczujecie się jak w dobrym, amerykańskim filmie akcji! Ambicje twórców sięgnęły szczytu w tego typu grze, choć interakcja z otoczeniem jest symboliczna, to nie daje się tego po sobie poznać. Początkowo nie mogłem się w grze odnaleźć, ale z czasem sprawiała mi coraz więcej frajdy. Pomimo tego, że RCR:U jest produkcją z niszowego gatunku (w końcu to indyk) i nie wystrzegł się błędów, to śmiem nieskromnie stwierdzić, że to jedna z najlepszych gier tego typu, która może nie bije na głowę swój pierwowzór, ale w każdym aspekcie jest od oryginału lepszy i bardziej rozbudowany. Swojego czasu twierdziłem, że taka gra jak Scott Pilgrim vs. the World: The Game byłaby idealnym sequelem dla RCR, dziś jednak twierdzę, że popełniłem ogromny błąd. River City Ransom: Underground to idealny duchowy spadkobierca River City Ransom!